TCS New York Marathon

Mija już ponad miesiąc od startu w New York City Marathon, na chłodno mogę, zatem podsumować cały bieg. Pokrótce również zdradzę jakie plany i cele mam w nadchodzącym sezonie.

Wybierając rok temu ten bieg za swój cel, wiedziałem, że to trudne wyzwanie, nie przypuszczałem jednak, że aż tak. Wiedziałem jedno, że jeśli mam pobiec w NYC to musi to stać się właśnie w 2018 r. Każdy rok startowy do 2020 roku mam szczegółowo zaplanowany. Do tego startu zmotywowany byłem podwójnie. Pragnąłem wyrównać rachunki z roku 2012, kiedy to jedyny raz w swojej 49-letniej historii maraton został odwołany, z powodu zniszczeń jakie spowodował huragan Sandy. Kolejną motywacją była chęć poprawy rekordu życiowego na królewskim dystansie. Od ponad trzech lat moja życiówka w maratonie stoi w miejscu. Wiedziałem również, że jeśli uzyskam dobry wynik to może mi to otworzyć drzwi do reprezentacyjnej kariery.

Zmotywowany chciałem przygotować się jak najlepiej, w miarę moich możliwości. Podczas przygotowań starałem się zadbać o wiele aspektów w treningu. Przede wszystkim prawidłową regenerację. Tutaj wielkie słowa podziękowania dla dr. Jarosława Pokaczajło, który zadbał o to abym dotrwał do startu w dobrym zdrowiu. Myślę również, że kluczem do dobrego wyniku była praca z dietetykiem Asią Ławniczak z Diet&More. Nad tym wszystkim czuwał Mistrzowski Trening z trenerem Sebastianem. Przed samym startem, jak to zawsze bywa nurtowały mnie pewne niewiadome. Pierwszym pytaniem, które zadawałem sobie w myślach było, czy aby na pewno wytrzymam założone tempo biegu przez cały dystans? Obawy były tym bardziej uzasadnione, że nie miałem w swoich przygotowaniach typowego treningu maratońskiego. Kolejne pytanie, które mnie męczyło przed startem, to w jakich butach mam pobiec zawody? Od ponad dwóch tygodni sprawdzałem Altra Eskalante i czułem się w nich rewelacyjnie, ale czy zaryzykować tak ważny start w nowych butach? Zdecydowałem się dopiero w dzień startu. Jak się później okazało decyzja była słuszna, a moje haluxy były na mecie szczęśliwe.

Gdy 4 listopada stałem tuż za elitą na moście Verazzano, czekając aż zabrzmi z głośników „New York, New York” Franka Sinatry czułem, że zrobiłem, wszystko, aby być gotowy w 100% na ten start. Obok mnie stał przewodnik Marcin, z którym współpracuje mi się coraz lepiej. Jego chłodne spojrzenie na sytuację, podczas zawodów często gasi mój gorący temperament. Nie inaczej było w trakcie NYC Marathon. Jednym z czynników, który może was zgubić podczas maratonu w Nowym Jorku, to z pewnością gorący doping ponad dwóch milionów gardeł. Od startu aż do mety czujesz się tak wyjątkowo jakbyś walczył o zwycięstwo w zawodach. Trzeba zatem trzymać nerwy na wodzy, aby nie poniosła nas ułańska fantazja. Jestem pewien, że właśnie owi kibice oraz wyjątkowa atmosfera biegowego święta, tworzy ten słynny mit nowojorskiego maratonu. Tam po prostu trzeba być, aby to poczuć.

Armatni wystrzał dal sygnał do wyścigu dla ponad 52 tysięcy ludzi z całego świata. Pierwszy kilometr pokazał, że nie będzie tu łatwo o wynik. Otworzyliśmy go w czasie 4:50 km/h. Już na samym początku tych zawodów zderzamy się z mocnym podbiegiem na most Verazzano i walczymy o przestrzeń do swobodnego biegu, a napierający tłum biegaczy nie pozwala nam rozwinąć skrzydeł. Gdy uporaliśmy się z pierwszym mostem wpadamy do Brooklyn’u i zaczyna się ogłuszający doping kibiców. Bieg Nowojorski nazywany jest biegiem pięciu dzielnic. Staten Island, Brooklyn, Queens, Bronx, Manhattan, te dzielnice łączą mosty, z którymi trzeba się uporać. To mocne i bardzo długie podbiegi.
Każda z dzielnic różni się zabudową, jednak podczas maratonu wszystkie łączy jedno: niesamowita atmosfera. Doping milionów kibiców jest wprost nie do opisania. Masz wrażenie uczestnictwa w czymś mega wyjątkowym. Na skutek gorącego dopingu oraz dźwięków, które docierały do mnie w czasie maratonu miałem ciarki przez cały dystans. Na trasie, zależnie od dzielnicy, grała jakaś dobra kapela lub z głośników ktoś puszczał dopingującą muzykę. W tym całym świętującym tłumie jest jeden wyjątek: dzielnica Williamsburg. Wbiega się tam praktycznie w zupełną ciszę. Mieszkańcy owej dzielnicy to w większości Żydzi, którzy w czasie maratonu nie mogą handlować, więc w taki sposób okazują swój protest.

Dla nas pierwsza połowa maratonu przebiega zgodnie z planem, tłum już się trochę rozrzedził i możemy biec swoim założonym tempem. Dzięki atmosferze, jaką tworzą kibice nie czuję trudów biegu, co jakiś czas przyjmuję mój ulubiony żel Squeezy Cola, aż docieram do mostów Pułaskiego i Queensboro Bridge. Jest to chyba najtrudniejszy odcinek podczas tego biegu. Wymagające długie podbiegi zmuszają praktycznie każdego do zweryfikowania swoich planów. Ja również znacznie muszę zwolnić. Analizując później międzyczasy na 20-25 km tempo biegu spada do 4:30 km/h. Na całe szczęście energetycznie czuję się świetnie. Mam siłę i chęć do walki, więc nawet zmuszony do wolniejszego biegu wyprzedzamy znaczną grupę biegaczy, którzy przesadzili ze swoimi możliwościami w początkowej fazie maratonu. Gdy uporaliśmy się z przeszkodą zwaną Queensboro Bridge przyszedł czas na zwiedzanie kolejnych dzielnic Nowego Jorku: Bronx’u oraz Manhattan’u. Szybkie wyrównanie oddechu i wracamy do założonego tempa. Jak dobrze naoliwiona maszyna synchronicznie prę do przodu wraz z moim przewodnikiem. Marcin jest jak nawigacja: „za 50 m zakręt w prawo 90 stopni”, „raz, dwa, trzy, teraz”. Przywieram do jego ramienia i idealnie wchodzimy w zakręt. Czuję się bezpiecznie, to on jest teraz częścią mnie, jest moimi oczami, wydaje się, że oddychamy w tym samym tempie. Na około 38 km łapie mnie delikatny skurcz w prawej łydce. To już Manhattan więc do Central Parku gdzie znajduje się meta już blisko. Zgłaszam mojemu opiekunowi o zaistniałym problemie. Przyjaciel stara się mnie zmotywować słowami, że to właśnie ten dzień, zatem nie zwalniam, zapominam o skurczu i gnam, co sił do mety. Gdy wpadamy do Central Parku, kibiców jest mnóstwo, myślę sobie: „meta blisko to już z górki”. Nic bardziej mylnego, mam wrażenie, że w tym Parku wpadam z podbiegu w podbieg, walczę o każdy metr i sekundę, pragnę urwać jak najwięcej z mojej życiówki. Nareszcie jest. Meta! Czas 2:51:56. Cieszę się jak dziecko, jestem szczęśliwy, ale wiem, że stać mnie na więcej. Kolejny krok zrobiony. Na mecie miła niespodzianka: czekają na nas kibice z Polski, nasze niezawodne koleżanki z klubu PRO366. Razem z nimi wyruszamy po maratonie w krótką, 3 dniową podróż samochodem po USA.

Podsumowując, co dał mi ten maraton? Na pewno zyskałem pewność siebie, jeśli będę miał możliwość przygotować się w miarę profesjonalnie mogę walczyć z najlepszymi na świecie w mojej kategorii. Z każdym też biegiem i treningiem zauważam jak z Marcinem biega się coraz lepiej. To niezmiernie istotne, abyśmy mogli przygotowywać się częściej razem, dzięki temu staniemy się jeszcze lepszym duetem. Uzyskany wynik 2:51:56 daje nam aktualnie 4 wynik na świecie w kat. T11. Wynik pozwala nam walczyć w Mistrzostwach Świata osób niewidomych w maratonie w Londynie. Gdy od stycznia, mam nadzieję, oficjalnie zostanę objęty szkoleniem kadrowym. Moim jedynym zmartwieniem zostanie pozyskanie środków na utrzymanie siebie i rodziny. Naszym głównym celem to Igrzyska Paraolimpijskie w Tokyo w 2020, a żeby tego dokonać musimy z Marcinem przez dwa lata stać się prawdziwymi profesjonalistami.

Nowojorski maraton zakończył mój pełen sukcesów sezon 2017/18, na jego podsumowanie przyjdzie jeszcze czas. Zaraz po powrocie do Polski rozpocząłem krótkie roztrenowanie, a od początku grudnia wznowiłem spokojnie treningi. Czasu na przygotowanie jest niewiele, a jak wspomniałem wcześniej ważny start już 28 kwietnia, od niego będzie wiele zależało

Na sam koniec dodam, że mój sukces to sukces wielu osób, które podobnie jak mój trener we mnie uwierzyły. Dziękuję, że byliście tam ze mną! Bez waszego wsparcia nie dał bym sobie rady  Ze szczerego serca za wszystko dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry