OBÓZ TENERYFA 2020

Jak do tego doszło?

Już sporo czasu minęło od wyjazdu na Teneryfę, jednak dopiero teraz udało mi się podsumować tamten obóz.  Zacznijmy od początku. Jak w ogóle do tego doszło, że razem z Marcinem Kęsym wylądowaliśmy na tej hiszpańskiej wyspie? Otóż pewnego dnia wspomniany wcześniej Marcin meczący swoje ciało w Centrum Bodywork (tutaj polecam zajrzeć na ich profil FB oraz Youtube) spotkał Kamila Leśniaka. Ten ultra pogromca małych i dużych górek zaproponował wspólny wyjazd na obozowe zmagania. Po otrzymaniu zgody od naszych rodzin, razem z Marcinem i z błogosławieństwem trenera zdecydowaliśmy się na miesięczny wyjazd. Pozostawała kwestia finansowa. Miał to być przełomowy rok mojej karierze „biegacza” zatem wspólnie z Marcinem zdecydowaliśmy się wykorzystać fundusze zebrane w projekcie Road to Tokyo 2020 na zrzutka.pl. Plany biegowe na ten rok mieliśmy ambitne i pragnąłem przygotować się do nich jak najlepiej więc, potrzebowałem nowych bodźców. Nigdy nie trenowałem na dużych wysokościach. Byłem jedynie na obozach w Szklarskiej Porębie i były to cykle 2 tygodniowe. Zatem byłem bardzo ciekaw jak mój organizm zareaguje na tę słynną hipoksję. Rekomendacje Kamila, który we wcześniejszych latach również przygotowywał się do sezonu na Wyspach Kanaryjskich napawały nas optymizmem. Decyzje o wyjeździe były podejmowane w okolicy grudnia 2019 r., natomiast sam wyjazd wyjazd na Teneryfę planowaliśmy w lutym 2020 r. Pozostał więc miesiąc, aby przygotować organizm do bardziej wytężonej pracy. Nie jechaliśmy na wakacje na Kanary, miał to być najtrudniejszy obóz w moim życiu. Sam nie wiedziałem co mnie czeka, zatem zdałem się na doświadczenie Marcina i Mistrzowskiego Treningu.

W styczniu podkręciliśmy trochę kilometraż i zrobiłem kilka dobrych treningów w drugim zakresie. Zdrowie dopisywało, a ciało było bez zarzutu, więc nim się obejrzeliśmy już trzeba się było pakować na Teneryfę, pakowania nie znoszę tym bardziej, że lot na wyspę to czarter, a kilogramy bagażu są ograniczone. Na szczęście ciuchy biegowe nie są ciężkie, a suplementy ze Squeezy, są w poręcznych opakowaniach i wystarczyły na miesiąc (Energy Dring, Protein Drink oraz żele i batony to podstawa). Podstawą w bagażu biegowym są oczywiście buty, więc na tak długi wyjazd zdecydowałem się na 4 pary: Altra Torin, Altra King, Altra Escalante, Altra Kayenta. Mieliśmy biegać praktycznie na każdej nawierzchni, od stadionu do górzystych pagórków, więc musiałem mieć ogumienie do każdej pracy.

Wyjazd do Warszawy i lecimy. Lot przebiegł bez zarzutu i już 1 lutego powitaliśmy słoneczną Teneryfę. 

Obozowa Drużyna Pierścienia

Głównym organizatorem obozu odpowiadającym za logistyke był Kamil ana wyspę miała jechać znaczna grupa z jego drużyny SALCO GARMIN TEAM: Kacper Kościelniak , Miśka Witowska, Kinga Kwiatkowska, Paulina Tracz oraz jej mąż Łukasz. Do całej tej wesołej ekipy dołączył na cały miesiąc Bartłomiej Przedwojeski z Salomon Team, a i przez pierwsze dwa tygodnie z nami dzielili obozowe trudy partnerka Bartłomieja Patrycja, i super biegowy lekarz Mariusz Gazela.  Zaznaczę tutaj, że poza moim drogim przewodnikiem Marcinem nie znałem z tej ekipy nikogo. Na szczęście jestem otwarty na nowe znajomości, a wspomniana grupa okazała się na medal.  Jeszcze przed przylotem ustaliliśmy, że taka duża grupa będzie potrzebowała minimum 3 auta. Wyspa nie jest zbyt duża, ale nasze miejsce noclegowe mieliśmy w miejscowości San Miguelde Abona, położonej około 600 m npm. Treningi chcieliśmy wykonywać w różnych miejscach, na wysokości i na stadionie. Specjalnie wybraliśmy miejscówkę na tej wysokości gdyż znajdawała się w pół drogi na półkę skalną w Vila Flor około 1600 – 1700 m npm, a stadionem w Arona, który był przy oceanie. Mieszkanie na tej wysokości miało dodatkowy plus, gdyż mogliśmy trenować ciężko wysoko, a odpoczywaliśmy znacznie niżej, miało to ogromne znaczenie dla naszej późniejszej regeneracji.

Gdy 1 lutego pierwsza część naszej zróżnicowanej grupy dotarła do domku i każdy się już rozgościł pozostała kwestia posiłków.  Do dyspozycji mieliśmy dobrze wyposażoną kuchnię, na tarasie był nawet grill, lecz każdy z nas miał inne przyzwyczajenia kulinarne. Mariusz na przykład jest wegetarianinem, zaś inny nie lubi tego czy tamtego. Jak to pogodzić? Kto będzie gotował, co zakupami itp.? Potrzebny jest jak w każdym związku kompromis. Zatem ustaliliśmy wspólnie, że zakupy robimy razem i potem koszta dzielimy na wszystkich, rozliczeniem zajął się Kamil, do gotowania zgłosili się Marcin Kęsy, Miśka i Mariusz, który czasem stał przy grillu i piekł nasze mięso (niesamowite jak wegetarianin potrafi zrobić pyszne hamburgery). Szybko w kuchni ustaliła się hierarchia. Marcin wyrósł na szefa kuchni i każdy tylko czekał na jego rozkazy i instrukcje. Reszta ekipy była odpowiedzialna za przygotowania do posiłku i sprzątanie. Jak się później okazało funkcjonowało to jak w dobrej rodzinie. Każdy był odpowiedzialny za coś, jeden robił obiad, inny pranie, jeszcze kto inny sprzątał po posiłku. Sprawy funkcjonowania domu były ogarnięte, więc pozostała kwestia treningu. Każdy z nas prezentował inny poziom, do tego większość była biegaczami górskimi, jednak tutaj również znaleźliśmy kompromis. Bart i Kamil oraz Kacper często trenowali razem czasem, a na wolniejszy trening umawialiśmy się razem. Zdarzało się, że robiliśmy również wspólnie trening na stadionie. Swoją drogą widząc jak trenują najlepsi biegacze górscy to czapki z głów, to wprost orka na ugorze. W treningach zawsze udało nam się znaleźć wspólne rozwiązanie, mieliśmy do dyspozycji w końcu wynajęte 3 samochody i kilku kierowców. Nie będę tu opisywał każdego dnia każdy, kto nas śledził w mediach społecznościowych mógł zaobserwować, jakie treningi wykonywałem. Opisze jednak jak wyglądał nasz przykładowy dzień obozu.

Przykładowy Obozowy Dzień

Zatem pobudka około godz. 06:50. Część grupy od razu poranna toaleta, a druga grupa przygotowuje śniadanie – praktycznie przez cały miesiąc była to owsianka w różnych postaciach. Po śniadaniu sprzątamy. Następnie wspólna kawa i powoli przygotowujemy się do wyjścia na pierwszy trening, pakujemy rzeczy. Pierwszy trening jest dłuższy i cięższy. Przeważnie wykonujemy go na półce skalnej w Vila Flor, tutaj bardzo dobrze sprawdziły się Altra King, więc większość treningów wykonałem w tych butach. Wyjeżdżamy z domu wszyscy około 09:00, dojazd zajmuje nam ok. 30 – 40 minut, ruszamy na trening i spotykamy się w umówionym miejscu po 2 – 3 godzinach. Wracając do domu wstępujemy do sklepu na zakupy. Gdy dojeżdżamy do domu część idzie ogarniać obiad, druga się myje po treningu, następnie jest zmiana i grupa, która się już umyła przygotowuje stół do posiłku. Godzina 14:00 – 15:00 to obiad. Z reguły są to proste posiłki: makaron, dużo warzyw, czasem pesto, ci którzy mogą mają do wyboru mięso, zaś wege-Mariusz ma wersję specjalną. Wszystko jest mega pyszne. Po obiedzie grupa odpowiedzialna za porządek sprząta po lunchu. Teraz mamy około godziny na odpoczynek przed kolejnym treningiem. Między 16:00 a 16:30 czas na szybką kawę lub herbatę przed drugim treningiem. Zbieramy się i wyjeżdżamy ok. 17:00. Jedziemy nad ocean lub znowu na półkę w Vila Flor lub robimy trening na miejscu. Drugi trening jest krótszy, trwa 1 – 1,5 godziny. Powrót do domu to godzina 18:00 – 18:30 wracając już planujemy kolację, a raczej Marcin mówi co będziemy jeść. Kolacja to już posiłek większy, tak aby nasze mięśnie mogły się zregenerować i odbudować. Po kolacji to czas dla nas, siedzimy przy stole i gawędzimy o minionym dniu i planach na dzień następny. Czasem są wygłupy i zabawy. Zdarzyło się również wieczorem, że musiałem wymasować tego lub tamtego, zbolałego biegacza. Niektórzy jeszcze wieczorem siadają do swojej zaległej pracy przy kompie, inni ogarniają porządki domowe, pranie, które przy takiej ilości robimy codziennie. Zmęczeni kładziemy się spać z reguły około 23:00, aby rano z nowymi siłami rozpocząć nowy dzień, praktycznie taki sam jak poprzedni.

Hipoksja, jak to z nią było?

Nie będę tu opisywał walorów i czym jest hipoksja w treningu, o tym możecie przeczytać w wielu naukowych artykułach. Opiszę jednak moje odczucia z treningiem na dużej wysokości. Faktem jest, że trening w warunkach hipoksji stwarza idealne warunki do rozwoju czerwonych krwinek, które są tak pomocne przy transporcie tlenu.  

I tak na drugi dzień po przyjeździe na wyspę udaliśmy się na półkę skalną w Vila Flor. Parking przed półeczką oddalony jest o 1km i mieści się na wysokości 1500 m npm., więc musimy się wspiąć na 1700 m npm. Niezła rozgrzewka na początek treningu. Półka w Vila Flor ma długość 14 km i jest delikatnie pofałdowana z przewyższeniem 200 m. Jest tam w niektórych miejscach stosunkowo płasko, choć wysoko. W innych miejscach natomiast znajdują się miłe pagórki, gdzie można zrobić podbiegi o różnym nachyleniu. Można tam naprawdę zrobić wszystkie akcenty biegowego treningu. Kiedy po raz pierwszy przywitałem się z tą wysokością poczułem, że naprawdę jest tam mniej tlenu. Ciężko się oddychało, proste wybieganie stawało się męczące a tętno wskakiwało na wyższe obroty. Dodatkową trudnością była duża ilość unoszącego się tam kurzu i pyłu, więc trzeba było zadbać o odpowiednie nawodnienie. Pierwsze odczucia na wys. 1700 m npm. nie należały do przyjemnych. Strasznie się męczyłem, nogi były jak z betonu, a powietrze łapałem jak ryba. Zacząłem się zastanawiać jak ja będę tam trenował. Marcin uspokajał mnie jednak, że tu trzeba trenować spokojnie. Początkowo to rozbiegania plus rytmy, a czasem biegaliśmy małe zabawy biegowe i oczywiście siła biegowa pod każdą postacią. Na Teneryfie mieliśmy do dyspozycji jeszcze jedną półkę w La Orotava, ale już na wysokości 2100 – 2250 m npm. Pierwszy raz, kiedy tam pojechaliśmy na trochę dłuższe wybieganie mieliśmy już kilka dni adaptacji na 1700 m npm. i o dziwo poczułem, że na 2200 m npm. nie jest tak źle. Oj jak bardzo się myliłem już na następnym treningu na tej wysokości przeżywałem katusze, problemem był spokojny bieg więc musiałem go przeplatać marszobiegiem. Nie mogę tu nie wspomnieć o naszych wycieczkach wysokogórskich pierwsza to Guajara na 2718 m npm. Ową górę zaatakowaliśmy spokojnie od Vila Flor, po pokonaniu kilku spokojnych kilometrów na półeczce zaczęliśmy się delikatnie wspinać ku górze. Tutaj biegło się w miarę przyjemnie, choć czasem trasa sprawiała mi problemy techniczne. Przy powrocie nie obyło się bez małej kraksy, zderzenie ze skałą (która o dziwo nie chciała się przesunąć). Skończyło się na szczęście niewielkimi obtarciami kolana i ręki. Teraz już wiem, czemu niektórzy biegacze w górach mają rękawiczki. Na drugą wycieczkę wybraliśmy najwyższe miejsce na Teneryfie: wulkan Pico del Teide – 3718 m npm. Tutaj kolejny raz okazało się ile trzeba mieć pokory w górach. Na wulkan wyruszyliśmy z domu bardzo wcześnie, aby zdążyć przed otwarciem bramek, na których trzeba mieć wejściówkę na atak szczytowy. Oczywiście my nie mieliśmy takiej wejściówki. Zatem na początku bardzo się spieszyliśmy, aby jak najwięcej pokonać przewyższenia. Na wulkan startuje się z parkingu ułożonego na wys. 2300 m npm. Przez pierwsze 4 km trasa jest dość płaska, zatem można ją pokonać biegiem lub marszo-biegiem. Potem zaczynają się trudności, trasa staje się kamienista i nierówna. Człowiek porusza się tam po czymś w rodzaju skorupy, czyli zastygłej lawy. Pod nogami czuć popiół i żwirek, nogi często się ślizgają. Na dodatek wyraźnie czuć brak tlenu. Chociaż mieliśmy długi okres adaptacji, a wulkan atakowaliśmy w ostatnim tygodniu, to ja strasznie cierpiałem wchodząc na wysokość 3000 m. Miałem nawet myśli, że nie wejdę na sam szczyt, natomiast część naszej grupy, która była z nami czuła się lepiej, więc pognała do przodu. Ze mną został Marcin i Kacper, który uznał, że trzeba potowarzyszyć słabszym kolegom. To była super decyzja, gdyż Kacper ma ogromną wiedzę z geologii zrobił nam świetny wykład, jakie tajemnice kryją skały wulkaniczne. Kiedy ja już odżyłem i zaadaptowałem się do wysokości to Marcin, mój przewodnik zaczął cierpieć niemiłosiernie. Wspierając się razem na duchu podążaliśmy nadal w górę. Na szczęście udało się zdążyć przed oficjalnym otwarciem bramek i mieliśmy możliwość ataku szczytowego. Końcowe metry spokojnie pokonaliśmy spotykając naszą pierwszą grupę. Na szczycie wulkanu mogliśmy w trójkę, w samotności odpocząć, a chłopaki nacieszyć oczy pięknym widokiem. Teraz pozostał problem z zejściem, dla mnie to jeszcze większy kłopot niż wejście. Muszę być trzy razy ostrożniejszy, aby na przykład nie skręcić nogi. Chłopaki bardzo mi pomogli i wszystko skończyło się dobrze. Wracając do domu byliśmy tak niesamowicie wyczerpani, że razem z Marcinem spaliśmy samochodzie całą powrotną drogę do domu. Zaś cierpienie Marcina nie skończyło się w momencie przekroczenia progu naszej hacjendy, ale przez cały dzień czuł się fatalnie, miał wyraźne objawy choroby wysokogórskiej. Resztę dnia przeleżeliśmy w naszych pryczach, poświęcając go na regeneracje. Góry znowu ukazały swoje oblicze, tutaj zawsze trzeba mieć pokorę nawet przy tak wytrenowanych organizmach. Z treningiem wysokogórskim nie ma co chojrakować, tu trzeba być spokojnym i wszystko, co jest możliwe monitorować począwszy od tętna, saturacji oraz pilnować nawodnienia i dobrze zbilansowanego jedzenia. Myślę, że podstawą jest tutaj regeneracja. Od dawna wiadomo, że najlepszym sposobem jest sen. Jest kilka sposobów na trening wysokogórski, można trenować i odpoczywać wysoko, ale jest to trochę ryzykowne, gdyż każdy organizm inaczej odpoczywa wysoko. My wybraliśmy drugą opcje cięższy trening wysoko, a odpoczynek niżej i okazało się to dla nas dobrym rozwiązaniem, bo trudy treningowe zniosłem bez większego problemu. I każdego dnia byłem na nowo gotowy do działania.

Ile to wszystko nas kosztowało?

Pytacie ile nas kosztowała owa przyjemność? Nie mam żadnych tajemnic, a pieniądze, które zainwestowaliśmy w nasz najdłuższy obóz wydawaliśmy bardzo skrupulatnie oglądając każde wydane euro czy złotówkę. Mieliśmy świadomość, że poza prywatnymi środkami mieliśmy do dyspozycji wasze fundusze ze zrzutki oraz od sponsorów, zatem traktowaliśmy ten finansowy dar jak kredyt zaufania, którego nie mogliśmy zawieść. Cały czas powtarzając sobie, że na wakacjach tu nie jesteśmy i z każdym dniem z dużym uśmiechem coraz ciężej trenowaliśmy. Przejdźmy do konkretów.

Na początek to zakup biletów na osobę w dwie strony wydaliśmy po 1150 zł, czyli razem zapłaciliśmy 2300 zł. Dodajmy do tego bilety do Warszawy i z powrotem kwota rośnie już do 2600 zł. Dodajemy jeszcze miesięczne ubezpieczenie NW pakiet dla dwóch osób to 300 zł, czyli kwota urosła do 2900zl.  Przejdźmy teraz do zakwaterowania. Mieszkanie na Teneryfie trafiło nam się pierwsza klasa. Wynajęty apartament San Sofi, który kiedyś był hostelem dla 9 osób na cały miesiąc okazał się stosunkowo nie drogi. Osobo -doba wyniosła na nas w okolicy 40zl. Także miesięczny pobyt kosztował osobę 1300zl nasza dwójka 2700zl. Daję nam to już łączną, sumę, 5600zl.Teraz pozostaje kwestia posiłków oraz poruszania się, czyli samochód. Jak wspomniałem wcześniej wszystko w naszym domku dzieliliśmy jak w dobrej rodzinie?  Wspólne miesięczne zakupy bez głodowania i zbędnych szaleństw wyniosły osobę również w okolicy 1200-1500zl.  Tutaj muszę dodać, że ceny są porównywalne jak w Polsce wszystkich produktów bez problemowa także nie ma poco zabierać słoików z Polski. Warto uderzyć w okoliczne ryneczki jest tu dużo owoców i warzyw. Zdarzyło się nam kilka wyjść do knajpki na pizze czy posmakować lokalnych potraw, ceny są bardzo przystępne. Nadmienię jeszcze, że nasze mieszkanie, które było nam wynajmowane przez Panią Dagmarę Polkę mieszkającą na Teneryfie od 20lat było wyposażone prawie we wszystko, jeśli coś sie psuło lub czegoś nam brakowało to nasza Pani Dagmara błyskawicznie spełniała nasze życzenia. Także wyżywienie oraz zakupy wyniosły nas w okolicy 3500zl, dodatkowo do tej sumy liczymy drobne wydatki na wejściówki na siłownie lub stadion dla Marcina niepełnosprawni bieżnie mieli za FREE (nie jak Polsce) czy środki do higieny np. prania, mycia  itp. Kwota urosła nam do 9100zl. Zostaje kwestia samochodów także 3 pojazdy z tankowaniem dla całej naszej grupy wyniosły na miesiąc 1500zl(osoba). Nasz duet to znów, 3000zl, zatem podsumujmy wydatki mamy 9100zl, +3000zl, co daję nam łączna sumę 12000Zl(za Duet M&M 2osoby). Nie liczę tutaj wydatków osobistych to już każdy zapewniał sobie sam, np. kawa ciastko a czasem zdarzyła się lampka dobrego wina takie drobne przyjemności i grzeszki to każdy płacił z własnego portfela. Czy suma 12000zl to dużo, za miesięczny obóz na dwie osoby? To już pozostawiam waszej ocenie. My staraliśmy się żyć na Teneryfie bardzo oszczędnie. Owszem można pewnie jeszcze gdzieś za oszczędzić parę groszy np. na jedzeniu lecz wydaje się to zbyt  ryzykowne przy takim obciążeniu treningowym.

Podsumowanie:

Mija już ponad dwa miesiące po powrocie z Teneryfy, najlepszym podsumowaniem byłby start i nowa życiówka. Jednak w tej wyjątkowej sytuacji, w której się znaleźliśmy nie możemy się sprawdzić i jedyną oceną jest moje samopoczucie. Wyniki krwi wskazywały na znaczny wzrost czerwonych krwinek. A po okresie dwóch tygodni, gdy organizm zregenerował już trudy obozowe otrzymałem nowe moce w kopytach. Aktualnie patrząc po treningach i ogólnym samopoczuciu to widzę znaczny progres moim bieganiu jest większy luz tętno znacznie się obniżyło. Zwykle rozbiegania biegam już szybciej na niższym tętnie a szybsze odcinki wchodzą jakoś łatwiej. Uważam, że obóz na wyspie znacznie poprawił moje osiągi, a możliwość trenowania i podpatrywania jak trenują najlepsi biegacze górscy w Polsce wzbogacili mnie o nowe pożyteczne doświadczenie. Jeśli będzie to możliwe w przyszłym roku również chciałbym spróbować raz jeszcze obozu naTeneryfie w końcu walka o marzenia nadal trwa tylko data trochę się przesunęła. Road to Tokyo 2021 https://zrzutka.pl/en/csnsxf. Jeśli nadal wierzycie we mnie Proszę o wsparcie . Nasz Duet Marcin &Marcin nie powiedział ostatniego słowa.

Podziękowania:

Na początek dziękuje najbliższym, że pozwolili mi opuścić gniazdo rodzinne na tak długo. Wielkie dzięki dla wszystkich ludzi dobrej woli, którzy wsparli naszych najbliższych w tym trudnym czasie rozłąki. Mega ogromne dzięki za zaproszenie od Kamila Leśniaka za super obóz, i możliwość trenowania z tak fajnymi i pozytywnymi ludzmi.

Serdeczne podziękowania należą się przede wszystkim właśnie Wam, którzy wsparliście zrzutkę  https://zrzutka.pl/en/csnsxf. Bez waszych wpłat i zaufania niebyło by to możliwe. Szczególne podziękowania kieruję również do moich sponsorów, firm, i partnerów sprzętowych, którzy zaufali i wsparli Ecol spółka z.o.o, Martin, MEDPOL, Adrunaline,  Altra Running Polska , SqueezyPOlska , Tricentre, Mistrzowski Trening, PRO366,  

Dzięki wam  i z wami obiecuję postaram się wbiec na biegowy szczyt.

Kontynuacja: Na koniec już bardzo krótko. Po obozie nie zasypuję gruszek w popiele nie załamuje rąk nóg nie krzyżuje, nie narzekam, że stadion czy las zamknięty. Nadal ciężko trenuje w miarę możliwości, wiem jedno, kiedyś znowu będzie normalnie. A ja wtedy pragnę być w najwyższej gotowości. Walka nadal trwa, a marzenia są po to by je realizować. https://zrzutka.pl/en/csnsxf

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry