London marathon

Emocje po ostatnim maratonie już opadły, więc postaram zrelacjonować jak to wyglądało z naszej perspektywy oraz zdradzę swoje najbliższe plany.

Możliwość przywdziania barw narodowych i reprezentowania naszego kraju w Mistrzostwach Świata było czymś wyjątkowym. Czas spędzony w Londynie oraz walka na trasie londyńskiego maratonu pozostanie w pamięci do końca moich dni.

Zatem jak wygląda największy maraton od kuchni? Już odkąd postawiliśmy nasze nogi na angielskiej ziemi traktowano nas jak zawodników elity. Najpierw z lotniska zostaliśmy odebrani przez samego dyrektora elity, a następnie niezwłocznie zostaliśmy przewiezieni do hotelu w samym centrum Londynu. Tutaj zakwaterowane były wszystkie gwiazdy maratońskiego świata. Czasem w hotelowej windzie można było w jednym momencie spotkać trzech różnych rekordzistów świata w maratonie. Możliwość obcowania z idolami dawała niesamowity zastrzyk energii. Pod względem organizacji nie mogliśmy na nic narzekać, do dyspozycji mieliśmy wszystko co zawodnik mógł sobie wymarzyć. Zawodnicy niepełnosprawni byli traktowani jak profesjonaliści. Tutaj nikt nie pomyślał, że sport, który wykonujemy jest dodatkiem do naszego życia. Mam nadzieję, że w przyszłości na innych zawodach również będziemy tak traktowani. Póki co najczęściej nasze kategoria podczas zawodów traktowana jest, jak zbędny dodatek do imprezy, bo tak wypada.

Dzień startu rozpoczęliśmy wcześnie, pobudka była już o 5:00. Później szybkie maratońskie śniadanie, a następnie wszystkich zawodników elity przewieziono piętrowymi autobusami do przygotowanej strefy. Tam było wszystko, czego maratończyk potrzebuje przed startem. Mogliśmy sobie spokojnie czekać w ciepłym namiocie. Na 40 minut przed startem udaliśmy się na krótką rozgrzewkę. Warunki atmosferyczne były dobre, temperatura około 12 stopni, trochę wiatru, ale na szczęście osłabł on w porównaniu do soboty. Marcin relacjonował, że wszystkie gwiazdy znowu są na wyciągnięcie ręki, np. Mo Farah przechadzał się kilka metrów od nas. Na kilka minut przed wyjściem na start przyszli po nas nasi osobiści opiekunowie, aby odebrać nasze rzeczy oraz zaprowadzić na linie startu. Mistrzostwa świata miały osobny start. Od razu grupa walcząca o zwycięstwo w maratonie ruszyła bardzo mocno. Nawet nie próbowaliśmy się z nią zabrać. Już przed startem wiedziałem, że jestem połączony z kat. T12, a z tymi zawodnikami nie miałem zbyt wielkich szans. Było też kilku zawodników niewidomych w kat. T11. Na nich starałem się skupić, chociaż wszyscy mieli znacznie lepsze rekordy życiowe ode mnie. Pragnąłem jednak z nimi powalczyć. Pierwsze kilometry pokazały, że powalczę z zawodnikiem ze Słowenii oraz Niemiec. Przez około 15 km biegliśmy podobnym tempem, aż powolutku zacząłem im „odjeżdżać”. Nie przyspieszyłem, po prostu trzymałem równe tempo. Rozpocząłem samotną walkę długodystansowca.

Od 10 km czułem też, że to nie jest mój dzień. Nie było się za kim chować, musiałem sam z moim przewodnikiem zmagać się z silnym wiatrem. Myśl, że innym zawodnikom również nie jest łatwo dodawała mi sił do dalszej walki. Trasa londyńskiego maratonu nie jest trudna dodałbym, że w miarę szybka, chociaż jednym z utrudnień podczas biegu były dla nas niewidzialne dla mnie progi zwalniające tzw. „śpiący policjanci”. O mały włos przewrócilibyśmy się o nie. Tak samotnie uciekały nam kolejne kilometry, aż na horyzoncie Marcin zauważył zawodnika niepełnosprawnego. Pojawiło się wtedy światełko w tunelu, co prawda nie był w mojej kategorii, ale postanowiłem go dogonić. Dość szybko udało nam się minąć Szwajcara który osłabł, a ja chociaż nie miałem dnia konia, gnałem do przodu. Kibice co i rusz nawoływali: „Polska, Grabiński” co dawało mi kopa, aby się nie poddawać. Na około 25 km dogoniła nas elita kobiet. Niesamowite było poczuć ten powiew kobiecej świeżości. I nadszedł ten czas aby sprawdzić się jako maratończyk. 30 km on zawsze prawdę powie. W okolicy 33 km Marcin oznajmił że widzi z naszej kategorii Portugalski duet, mieliśmy do niego straty jakieś 500m. Zatem podejmujemy wyzwanie i rozpoczynamy pościg. Przewodnik pokrzykuję na mnie „Graba zbieraj się”. Ja już bardzo zmęczony wykrzesuję z siebie resztkę sił. Nie pamiętam, kiedy Marcin na mnie tak krzyczał w trakcie zawodów. Tam gdzie było trochę więcej kibiców zagrzewał ich do jeszcze większego dopingu. Czułem wsparcie na trasie z każdej strony. Wiedziałem, że to nie są zwykłe zawody. W końcu reprezentuję nasz kraj, Polskę. Ból mięśni stawał się coraz większy a uda paliły, co jakiś czas starałem się motywować pokrzykiwaniami na samego siebie. Marcin powtarzał „widzę ich, słabną”. Miałem wrażenie, że Marcin chce mnie oszukać, abym chciał zmotywować się do walki. Nie widząc przed sobą przeciwnika trudno jest zmobilizować się do większego wysiłku, ale ufałem przyjacielowi. I chociaż serce „rozpadało się na pół” i coraz bardziej bolało, mięśnie paliły, a głowa mówiła dość, gnałem do przodu.

Czułem, że na piersi orzeł pragnie rwać się do boju. Uwolnilem go więc. Na 41 km dogoniliśmy Portugalski duet, kiedy usłyszałem tupot ich stóp poczułem ich strach. Nareszcie mam ich. Walka od teraz się rozpoczęła na dobre. Nie mogłem pozwolić na możliwość podjęcia rywalizacji z nami. Zatem przyśpieszyłem i Portugalczycy byli już za nami. Udało się odstawić rywali na około 200m.”Meta już blisko” – Marcin krzyczał już do końca. „Garaba zbieraj się proszę! Oni nas gonią!” Pytam: „Ile do końca?”. „Jeszcze jakieś 400 m” słyszę. Na ostatnich 200 metrach Portugalski duet siedzi nam na ogonie. Ostatnie 100 m nagle słyszę jak przewodnik portugalski motywuję swojego podopiecznego wołając „Hop-Hop” i czuję, że zbierają się do wyprzedzania. Myślę sobie: „Ja ci dam Hop Hop”. Włączyłem „piąty bieg”, zerwałem się. Jest meta, wygraliśmy z nimi o jedną sekundę. SZOK.

Szczęście na mecie jest nie do opisania. Padłem ze zmęczenia. Kiedy Marcin pomógł mi powstać pojawiły się u nas łzy, radości i wzruszenia. I chociaż zajęliśmy 12 miejsce kategorii łączonej, przegraliśmy tylko z lepiej widzącą grupą T12. W swojej kategorii T11 jestem najlepszy plan minimum wykonany. Po raz pierwszy na Mistrzostwach grupa jest połączona, więc muszę zadowolić się 12 miejscem. Sam wynik również pozostawia wiele do życzenia, jest daleki od moich oczekiwań. Minutę gorszy od mojej życiówki z Nowego Jorku. Wiem, że dałem z siebie wszystko, zostawiłem serce na trasie. Walka o kwalifikację paraolimpijską trwa, jednak mimo iż wynik jest na stabilnym poziomie to jest dla mnie porażka. Nie uzyskałem zamierzonego progresu.

Muszę się zastanowić co dalej. Tyle wyrzeczeń, tyle pracy, a najgorsze w tym jest, że nie mogę trenować razem z Marcinem. Jest wiele aspektów do poprawy, ale żeby dogonić świat muszę skupić się tylko na treningu. Mogę poświęcić jeszcze więcej, mogę pracować jeszcze mocniej, ale bez pomocy drugiej osoby nie dam rady. Muszę mieć przewodnika do treningu – musi być profesjonalizm. Pragnę dogonić świat nawet w połączonej kategorii. Czuję, że mogę i chcę z nimi konkurować, ale bez wsparcia finansowego nie jest to możliwe. Cały trud nie będzie miał szans powodzenia. Moja energia będzie rozłożona na kilka frontów. Razem z Marcinem nie możemy razem trenować, gdyż nasza energia rozmywa się na zapewnieniu bytu naszym rodzinom. Teraz powstaje pytanie czy warto aż tak się poświęcić? A jeśli tak, to czy jest ktoś kto pomoże udowodnić światu, że o marzenia warto jest zawsze walczyć?

W ostatnim czasie dużo myślałem nad tym czy jest sens aby aż tak się poświecić. Przecież łatwej będzie się poddać pewne rzeczy są nie zależne od mnie. Po co udowadniać światu, że niemożliwe nie istnieje? W ostatnim czasie również dostaje mnóstwo wiadomości, że jestem motorem motywacyjnym dla wielu z was. Niezmiernie jest to krzepiące i miłe. Tym bardziej, że w obecnym czasie waham się z decyzją co dalej z moją karierą sportową. W którą stronę iść?

Przed nami już w najbliższą sobotę na poznańskiej Malcie zawody charytatywne „Bieg Na Tak”, a następnie w czerwcu bliźniacza wersja w Berlinie „Run of Spirit”. Zawody te stworzyły mnie jako zawodnika, dawały mi potrzebną silę na cały rok. Wiec i może teraz odnajdę w nich potrzebną moc. W lipcu czekają mnie Mistrzostwa Polski na stadionie w Bydgoszczy. Postaram się powalczyć na 5000 metrów, ale to dla maratończyka taki dystans to jednak zupełnie inna bajka. Poddawanie się nie leży w mojej naturze, ale pogoń za marzeniami nie może się odbywać kosztem rodziny.

Więcej zdjęć z
World Para Athletics Marathon Championships 2019

Jedna myśl na “London marathon

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry